
2026-01-16 22:17:18
Jan Gąsior / Oliwier Staniszewski
Wstydliwa porażka na start Euro. Węgrzy zdecydowanie za mocni
Niestety. To słowo może opisać cały mecz z Węgrami. Polska uległa Madziarom, różnicą ośmiu trafień.
Nadszedł dzień dzisiejszy... Tak sobie mogli mówić wszyscy kibice, jak i sami zawodnicy reprezentacji Polski. Zadanie w grupie F nie należy do łatwych bo poza piątkowymi rywalami w postaci Węgrów, Polacy mieli zmierzyć się jeszcze z Włochami oraz Islandią. Ta druga kadra, to po prostu znak jakości w europejskim handballu, więc można się było zastanawiać: kto, jak i gdzie, może pomóc naszym kadrowiczom w walce na takim poziomie. Oczywiście, głównie można liczyć na kibiców, bo tych w Szwecji nie jest wcale mało. Drugim argumentem była świeża krew, której Jota Gonzalez nabrał naprawdę sporo na ten turniej. Wiktor Tomczak czy Miłosz Wałach, to tylko niektóre nazwiska, jakie błyszczały w liście powołanych. W mieszance z doświadczeniem braci Gębala, czy Michała Daszka, mimo spisywania na straty, liczyliśmy na miłą niespodziankę w Kristiansund.
Spotkanie na hali w Kristianstad rozpoczęło się od bramki Andrzeja Widomskiego, chwilę później obrona Skrzyniarza dała Polakom szansę na zdobycie kolejnego trafienia. Jego autorem, stał się Maciej Gębala (2:0). Ten błyskawiczny start, naprawdę mógł napawać optymizmem. Węgry dosyć szybko doprowadziły do równania, a jedna z bramek została zdobyta z siódmego metra. Wspaniale na parkiecie pokazywał się rozgrywający Węgierskiego zespołu - Zoltan Szita, znany przecież z gry na polskich parkietach, poprzez reprezentowanie barw Orlen Wisły Płock. Kreował wiele akcji a także został autorem jednego z trafień. Pierwsze dziesięć minut nie obfitowało w wysoką liczbę trafień, Polacy tracili dwa punkty do rywali (5:3). Po raz kolejny na parkiecie, widoczny był Piotr Jędraszczyk, dołożył dla biało-czerwonych kolejne trafienie. Mimo niskiego wzrostu, próbował za wszelką cenę przedostać się przez ten węgierski mur. Czapliński dwa razy starł się z Palasicsem, dwa razy zwycięsko z tego starcia wyszedł bramkarz Madziarów. Po kwadransie, na tablicy wyników mieliśmy 7:4.
Na parkiecie tego wieczoru nie mogło oczywiście zabraknąć Płockiego trio (Ilić, Fazekasz, Szita), którzy w znakomity sposób kierowali węgierskim zespołem (9:5). Strata Polaków niestety coraz bardziej się powiększała, na szczęście bramki wciąż skutecznie bronił Jakub Skrzyniarz, na codzień bramkarz hiszpańskiej Bidasoe'i. W Węgierskiej bramce nie było gorzej, Palasics na dziesięć minut przed końcem pierwszej połowy, zaliczył aż sześć kapitalnych interwencji, a na dodatek zdobył jedenastą bramkę dla swojej drużyny dzięki czemu Polacy mieli, aż sześć punktów straty (11:5). Biało-Czerwoni powoli wracali do gry, w dobrym świetle postawił się Michał Olejniczak (12:7). Kapitalnie ze skrzydła wyskoczył Marciniak, notując kolejne trafienie dla Polski, coraz bardziej przybliżaliśmy się do Węgrów. Ponownie zrobił to Michał Olejniczak (12:9). Ostatecznie pierwsze trzydzieści minut zmagań na Szwedzkiej arenie skończyły się trafieniem Hanusza w ostatniej sekundzie (14:10).
Drugą część niestety lepiej rozpoczęli Węgrzy, którzy od razu ruszyli do ataku. Wspierać naszą obronę, próbował Miłosz Wałach, kilkukrotnie interweniując, ale nic z tego, jeśli obrona nie pracowała. Skuteczność w ataku, także nie powalała. Co gorsza, chwilę po pierwszym gwizdku, czerwoną kartką ukarany został Wiktor Jankowski. Naszej reprezentacji, został tylko jeden obrotowy w postaci Macieja Gębali (16:11). Zaczęło robić się coraz bardziej problemowo. Przynajmniej z teorii. W końcu lepiej w ataku, po przerwie zaczął radzić Maciej Gębala. Jego efektowne akcje, z dającym nieco nowej werwy Andrzejem Widomskim, zaskakiwały Węgrów. W trzydziestej siódmej minucie, była nawet szansa na zniwelowanie strat do tylko trzech oczek (17:13). Tak jednak się nie stało, bo naszym graczom znów wrócił tryb nieskuteczności... Mylili się m.in Moryto oraz Olejniczak. Fantastycznie za to, do dorobku swojej drużyny, dopisywali się Zoran Ilić, a także Gergo Fazekas. Dyrygowali ofensywą Madziarów, egzekując kolejne cząsteczki Polskiej obrony (20:14). Niemoc przełamał w końcu Gębala. Można jednak otwarcie rzec... "Co z tego?". Po chwili do karnego podszedł Daszek, ale Kristóf Palasics wygrał ten pojedynek. Po chwili, znów Węgry były na sześciobramkowym prowadzeniu (21:15). Ostatnie piętnaście minut, musiałoby być po prostu wzorowe, by Polska mogła jeszcze wywieźć z tego parkietu dwa oczka...
Okropnie zawodził w tym meczu Arkadiusz Moryto, druga połowa kompletnie nie należała do niego. Co nasza kadra zbliżała się jakkolwiek do Węgier, oddawała kilka piłek z rzędu. Pięćdziesiąta minuta, była ostatnią, gdy Polacy mieli jakąkolwiek szansę na wywalczenie dobrego wyniku (21:17). Potem już węgierska lokomotywa odjechała w siną dal... Nasza reprezentacja, wręcz się wyłożyła na parkiecie przed swymi rywalami, dając im tak naprawdę otwartą drogę do bramki. Nie pomagali też arbitrzy, którzy po prawie każdej interwencji Miłosza Wałacha, tak czy siak znajdowali powód, by piłkę Czerwono-Zielonym oddać. Przewaga zaczęła znacząco rosnąć, przynosząc niestety dość duży najzwyczajniejszy w świecie wstyd (29:21). W ostatniej minucie, do karnego podszedł Paweł Paterek, ale... także nie trafił, co oznaczało statystykę karnych (0/4). Finalna akcja nie była już zbyt ważna dla naszych rywali. Nawet nie starali się trafić do naszej siatki, przez co mecz zakończył się rezultatem 29:21.
Zawodnikiem meczu nagrodzony został bramkarz naszych rywali, Kristóf Palasics. Nic dziwnego, bo nie miał tego wieczoru dużych problemów...
Następne spotkanie Polski, odbędzie się z Islandią w niedzielę o godz. 18:00.
Polska - Węgry 21:29 (10:14).
Fot. Norbert Barczyk / Press Focus.
Tweet