Spotkałem wielu lepszych zawodników niż ja. Ale zgubił ich brak pokory

Autor: Roksana Góra, 31-07-2018, 08:00

Łukasz Gogola do NMC Górnika Zabrze trafił jako lewy rozgrywający, jednak już po kilku miesiącach godnie zastępował na środku kontuzjowanego Rafała Glińskiego. Był bohaterem zwycięskiego spotkania zabrzan z Orlen Wisłą Płock. Utalentowany dwudziestolatek ceni sobie pokorę i uniwersalność. Ciężką pracą chce spełnić marzenia, którymi są gra w Bundeslidze oraz reprezentowanie Polski. Zapraszamy do przeczytania rozmowy z rozgrywającym zabrzańskiej drużyny. 

 

Może zacznijmy od początku twojej przygody z piłką ręczną. Zaczynałeś grać w Piekarach Śląskich. Ile miałeś wtedy lat i dlaczego wybrałeś akurat tę dyscyplinę?

 

Zaczynałem grać w wieku trzynastu czy czternastu lat. Chodziłem w gimnazjum do klasy sportowej o profilu piłki ręcznej i nożnej. I gdzieś z czasem wykreowała się taka cząstka pewności, że to jest właśnie to. Piłka nożna nie za bardzo mi odpowiadała, w ręcznej się spełniałem. Pokochałem ten sport i tak zostało do dzisiaj.

 

REKLAMA

 

W 2016 roku zdobyłeś z Olimpią brązowy medal mistrzostw Polski juniorów, rok później – już w seniorskiej drużynie – popisywałeś się niezwykłą skutecznością. Nie mogłeś więc narzekać na brak sukcesów?

 

To akurat prawda. Największym sukcesem było właśnie to trzecie miejsce zdobyte przez nas, jakieś indywidualne nagrody dla zawodników z naszej drużyny też się wyłoniły. Potem już z każdym sezonem było coraz lepiej. Mam nadzieję, że tak zostanie – ciężka praca, progres i idziemy do przodu.

 

Od początku wiedziałeś, że sport to coś, czym chcesz się zajmować na poważnie?

 

Tak, od początku. To było zawsze moim marzeniem, żeby cały czas się w tym spełniać, z tego się utrzymywać. Jest to naprawdę ciężka praca, tu nie liczy się tylko trening czy mecz u siebie, ale i trudne wyjazdy, ciężkie przygotowania.

 

Nie miałeś wątpliwości co do wybranej drogi?

 

Nigdy nie miałem takiego zwątpienia. Zawsze to kochałem, lubiłem sport od małego. Często z tatą albo kopaliśmy piłkę, albo właśnie rzucaliśmy i jakoś ta cząstka tego sportu we mnie została.

 

Czy miałeś jakieś problemy w pogodzeniu piłki ręcznej z codziennymi obowiązkami, szkołą?

 

No, nie ukrywam, że nie byłem jakimś wielkim prymusem w szkole, lecz zawsze dawałem sobie radę. Z klasy do klasy przechodziłem, maturę też jakoś dobrze zdałem (śmiech). Było to naprawdę trudne, bo łączyłem granie juniorskie, seniorskie i jeszcze szkołę, wtedy, gdy miałem maturę. Ale przyniosło to oczekiwany efekt.

 

Gdy potwierdzono Twój transfer do Górnika, miałeś na swoim koncie 120 bramek zdobytych w 20 meczach I ligi. To skuteczność była tym, czym zwróciłeś na siebie uwagę władz z Zabrza?

 

Myślę, że to był na pewno ten czynnik, który skłonił pana Bogdana Kmiecika, aby zainteresował się moją osobą. Drugim aspektem, który o tym zdecydował, były sparingi, które graliśmy razem z Górnikiem w trakcie przerwy między pierwszą a drugą rundą. Graliśmy dwa mecze, jeden w Piekarach, jeden w Zabrzu. W jednym i drugim pokazałem się z dobrej strony. Dziękuję panu Bogdanowi za to, że dał mi szansę i mam nadzieję, że zarówno poprzedni rok, jak i wszystkie następne, będą dla niego i dla mnie profitować.

 

 

Długo zastanawiałeś się nad przyjęciem tej oferty?

 

Nie, to była szybka decyzja. Zawsze marzyłem o tym, żeby grać na najwyższym poziomie, tutaj, w Polsce. Prezes Kmiecik dał mi taką okazję, więc od razu z niej skorzystałem.

 

Wiele razy podkreślałeś, że Superliga była twoim marzeniem. Nie czułeś jednak stresu i niepewności, czy poradzisz sobie w nieco innym, bardziej profesjonalnym środowisku?

 

Na pewno jakieś wątpliwości były, zwłaszcza na początku sezonu, podczas przygotowań. Ale była tutaj – i dalej jest – taka atmosfera w drużynie, która pozwalała się bardzo dobrze poczuć na boisku. Jest bardzo dobry trener, pan Rastislav, który potrafi wbudować w nas bardzo dobre, pozytywne emocje. Wtedy puszczają te złe i jesteśmy w stanie dawać z siebie maksimum.

 

Widziałam właśnie, że przed meczem bardzo rozśmieszał swoich zawodników. Zawsze taki jest?

 

Jest taką osobą, która potrafi odróżnić to, kiedy ma zachowywać się rygorystycznie, a kiedy powinien być uśmiechnięty i humorystyczny. Potrafi to doskonale rozdzielić. To go najbardziej cechuje i jest jego – można powiedzieć – największą bronią.

 

Na twojej pozycji występują Michał Adamuszek i Alexander Tatarincew. Nie bałeś się, że – zamiast się rozwijać – spędzisz większość sezonu na ławce?

 

W głowie może mi siedziało to, że jest tutaj dwóch bardzo dobrych i doświadczonych zawodników, ale podkreślałem, że od nich też się można uczyć. To nie jest na takiej zasadzie, że jest trening i gdy jest ktoś lepszy na mojej pozycji, to ja siedzę na ławce. Zawsze z nimi grałem, rozmawiałem, trenowałem. Najwięcej pomagał mi Rafał Gliński. W połowie sezonu stałem się środkowym rozgrywającym, więc pomocy ze strony Rafała i trenera było coraz więcej. Myślę, że będzie to profitować za każdym razem.

 

Jesteś nominalnym lewym rozgrywającym, jednak w Górniku zastępowałeś kontuzjowanego Rafała Glińskiego i sprawowałeś funkcję reżysera gry na środku, gdzie bardzo dobrze się spisywałeś. Cenisz sobie uniwersalność, jednak na której pozycji czujesz się lepiej i dlaczego?

 

Myślę, że – póki co – lepiej czuję się w roli środkowego. Lubię kreować grę, znajdywać słabe punkty przeciwników. Oczywiście, muszę się tego nauczyć, do tej pory grałem cały czas na lewym rozegraniu i byłem raczej od wykańczania akcji, a teraz muszę je tworzyć. Ale bardzo mi się to podoba. Cieszę się, że ktoś inny zdobędzie bramkę, gdy dobrze wybiorę zagrywkę czy miejsce, w które podaję piłkę.

 

Za tobą rok gry na wyższym poziomie. Czego zdążyłeś się nauczyć?

 

Nauczyłem się przede wszystkim tego, że trzeba zwracać uwagę na detale na boisku, które są niezwykle ważne. Nie jest to prosta sprawa. I to właśnie jest różnica między I ligą a Superligą, ponieważ te wszystkie szczegóły, które na boisku trzeba wykorzystać, naprawdę dają dużo więcej możliwości. I wydaje mi się, że to główna rzecz, której się nauczyłem. Na pewno dowiedziałem się, że trzeba bardzo dużo pracować na siłowni, dużo biegać. Zawsze dużo biegałem, ale tutaj jest tego więcej. Jest to - przede wszystkim - ciężka praca.

 

Jesteś zadowolony z czasu, jaki spędzasz na parkiecie?

 

Powiem tak, z początku, gdy tu przychodziłem, nie grałem za dużo. Były mecze, podczas których w ogóle nie wchodziłem na boisko. Ale nie mogłem mieć o to pretensji do trenera czy kogoś innego, ponieważ nie miałem jeszcze takiego doświadczenia, jak reszta chłopaków. Liczę na to, że w tym sezonie będzie już troszeczkę inaczej: że zostajemy z Rafałem sami na środku, więc będziemy dzielić ten czas po połowie. Wiadomo, w jednym meczu będzie się grało więcej, w drugim mniej, ale taki jest ten sport – każdy ma swój dzień.

 

Jakie założenia mieliście na początku zeszłego sezonu? Celem był medal?

 

Zawsze gra się o medal. Celem – nie tylko moim – ale i całej drużyny, pana prezesa i trenera jest to, żeby ten medal zdobyć. Byliśmy w zeszłym sezonie naprawdę blisko. Końcówka nam nie wyszła, ale tego nie ma już co rozpamiętywać, trzeba żyć dalej.

 

Jak wspominasz ćwierćfinał z Wisłą, w którym pokazałeś się z bardzo dobrej strony? To był moment, w którym poczuliście, że możecie pokonać każdego?

 

Pewnie, że tak. Takie zwycięstwa, jak właśnie z Wisłą Płock, zwłaszcza u siebie w domu, naprawdę bardzo budują, dodają pewności siebie. Cieszę się, że razem ich pokonaliśmy. Bo nie tylko ja dobrze zagrałem w tym meczu, Martin Galia również świetnie bronił w bramce. Cieszę się, że taki mecz nam się przydarzył, na pewno nigdy nie zapomnę tego, co się tutaj wydarzyło. To była dla mnie wielka nagroda za tę ciężką pracę, którą wykonałem. W późniejszym czasie, właśnie po tych spotkaniach, w których pokazałem się z dobrej strony, pojechałem na kadrę Polski B. Było to moim marzeniem, największym ze wszystkich.

 

Jak współpracowało ci się z trenerem Patrykiem Romblem? 

 

Myślę, że jest to człowiek, który ma bardzo dobrą ideę na granie. Troszeczkę inną niż nasz trener, ale równie dobrą. Trzeba się nauczyć pomysłów jednego i drugiego. Cały czas powtarzam – uniwersalność to podstawa w piłce ręcznej. Myślę, że trener Rombel jest szkoleniowcem, który potrafi wyciągnąć bardzo dużo z zawodnika, zawłaszcza z młodych chłopaków, co potwierdził za kadencji w Kwidzynie. Taki przykład: Arkadiusz Ossowski, zawodnik, który grał mało, za jego kadencji zaczął grać, zdobywać bramki z poważnymi rywalami. Jest więc takim trenerem, który ma wszystko poukładane w sobie i wie, jak poukładać zawodnika.

 

Śledziłeś poczynania Olimpii w poprzednim sezonie?

 

Tak, jeśli tylko była okazja, jechałem na mecz do Piekar. Miło jest spotkać tych wszystkich znajomych, te wszystkie znane twarze. Jest to fajne też dlatego, że jedziesz tam i jak gdyby wracasz do swojego domu. Wszyscy cię przyjmują nie jak gościa, tylko jak swojego chłopaka. Na pewno będę tam wracał.

 

Jest jakiś twój kolega, którego śmiało mógłbyś polecić włodarzom Górnika?

 

Myślę, że jest już dwóch chłopaków, którzy odeszli w tym sezonie do Superligi – Patryk Miłek i Mateusz Czapla, którzy grali razem ze mną. Na pewno interesujący jest też Szymon Kotalczyk – środkowy, prawy i lewy rozgrywający (śmiech). Też dobry chłopak, grał ze mną od gimnazjum. Nie wiem, czy jest godny polecenia do Górnika, ale na pewno jest godny dla zespołów Superligi.

 

W ciągu tego roku miałeś okazję zagrać na superligowych parkietach z wieloma znakomitymi zawodnikami. Kto zrobił na Tobie największe wrażenie?

 

Nooo, to ciężkie pytanie!

 

Może być kilku...

 

Może być kilku? (śmiech) Nie no, wybierzemy tego jednego. W późniejszym czasie, jak już grałem jako ten środkowy rozgrywający, to największe wrażenie zrobił na mnie Uros Zorman. Ma niesamowitą przejrzystość pola. Wie, kiedy może sam rzucić, kiedy wejść, jak zagrać krzyżówkę. On jest taką osobą, na której już w tym późniejszym czasie się wzorowałem.

 

Kiedyś wspomniałeś, że twoim marzeniem jest gra w Bundeslidze. Co tak bardzo doceniasz w tej lidze? 

 

Przede wszystkim bardzo podoba mi się to, że tam – wiadomo, w Superlidze też są dobre drużyny – ale tam jest taki poziom, na którym obojętnie, gdzie nie pojedziesz, zawsze czeka cię bardzo ciężki mecz. Musisz dać z siebie naprawdę 100%. Zawsze, gdy oglądałem Bundesligę, byłem zafascynowany tym sportem. Podoba mi się ich system rozgrywek: "każdy z każdym" i zwycięzca wyłoniony zostaje po meczu z każdą z drużyn. Troszkę inaczej to było u nas w Superlidze, ale też na pewno były z tego jakieś korzyści. Bundesliga marzy mi się w dalszym ciągu, z tego powodu, że jest tam inne granie niż tutaj. Ale na razie muszę nauczyć się gry na najwyższym szczeblu w Polsce, potem myśleć o czymś innym.

 

Koledzy z drużyny i kibice mówią na ciebie Synek. Skąd wziął się ten pseudonim?

 

Synek wziął się od tego, że po tej połowie sezonu, podczas której Rafała nie było na boisku, otrzymywałem dużo pomocy od niego i od trenera. Z racji tego, że jestem młody, a w czeskim powiedzeniu taki młody chłopak, którego trzeba uczyć, to właśnie synek, został mi dopięty taki pseudonim. Zresztą, u nas na Śląsku też często mówi się: Synek, Synek.

 

Dopiero wkraczasz w najlepszy czas swojej kariery, jednak zastanawiałeś się, czym chciałbyś się zajmować po jej zakończeniu?

 

Na to jeszcze nie mam pomysłu, na razie zajmuję się tym, co mam tutaj. Na pewno z upływem czasu będę rozmyślał o tym, co chcę robić później. Póki co, chcę się realizować, spełniać marzenia i oczekiwania naszych kibiców.

 

Banalne pytanie, ale czego uczy cię sport?

 

Najbardziej nauczył mnie przede wszystkim pokory. Wiem, że to też taka prosta odpowiedź, ale pokora jest bardzo ważna. Wielu zawodników, których spotkałem na swojej drodze za juniora, było dużo lepszymi zawodnikami niż ja, ale nie mieli właśnie czegoś takiego, jak ciężka praca, pokora. I to ich zgubiło. Będę się tego trzymał do końca swojej kariery.

 

Jakie są twoje sportowe marzenia, oprócz Bundesligi?

 

Oprócz Bundesligi? Największym marzeniem byłaby regularna gra w reprezentacji Polski. To jest też takie typowe marzenie każdego piłkarza ręcznego, każdego sportowca, żeby reprezentować swój kraj.

 

To może wróćmy jeszcze do przygotowań. Zaczęliście je dosyć wcześnie. Myślisz, że to zaprocentuje na początku sezonu i w dalszych jego fazach?

 

Myślę, że tak. Na pewno zaprocentuje, bo nasz trener robi wszystko z głową. Jeśli widzi, że już po półtorej godzinie treningu jesteśmy bardzo zmęczeni, daje nam 2-3 minuty, żeby napić się wody, porozmawiać o taktyce, ale trenujemy dalej. Właśnie to w nim cenię, że on jest takim... po prostu jest człowiekiem. Gdy widzi, że już naprawdę nie dajesz rady, to motywuje cię jeszcze bardziej, ale też wie, kiedy ma skończyć. Wszystko jest bardzo dobrze poukładane, więc to, że trenujemy dłużej niż inne drużyny, z tym trenerem, może dać nam tylko jakąś korzyść.

 

W tamtym sezonie byliście taką małą niespodzianką ligi, zaskoczyliście między innymi obroną. Tym razem też uda wam się czymś zaskoczyć rywali?

 

Na pewno trener ma jakiś pomysł na to wszystko, bo wie, że z każdym meczem drużyny miały już jakiś pomysł na tę nietypową obronę. Ale zawsze wychodziliśmy z tego obronną ręką. Pomysłów na pewno nie brakuje. Myślę, że będziemy się jeszcze dużo uczyć o tej naszej obronie. 

 

REKLAMA

 

Mógłbyś powiedzieć kilka słów o każdym z rozegranych jak dotąd sparingów?

 

Zaczęliśmy od meczu z Frydkiem-Mistkiem, był to nasz pierwszy sparing po 2-3 tygodniach przygotowań. Wygraliśmy dwudziestoma bramkami, nasza gra wyglądała naprawdę dobrze. Piłka nam szybko chodziła, wykorzystywaliśmy sytuacje. Później przydarzyła nam się wpadka z Karviną. Myślę, że zarówno w tym piątkowym meczu z Karviną, jak i sobotnim z Piotrkowianinem, brakowało nam skuteczności. Gdybyśmy wykorzystali chociaż połowę sytuacji "sam na sam", okazji kołowych, skrzydłowych, nas – rozgrywających, to z każdego meczu wyszlibyśmy jako zwycięzcy, a nie przegrani. Ale właśnie po to jest okres przygotowawczy, żeby dograć każdą sytuację. Myślę, że z każdego sparingu będziemy coraz bardziej zadowoleni.

 

Rozmawiała: Roksana Góra

REKLAMA

Dodaj komentarz